Ujawnianie różnic

Ujawnianie różnic

UJAWNIANIE RÓŻNICRozmowa Agnieszki Jakimiak i Piotra Morawskiego.Piotr Morawski: Na pomysł zrobienia czytania „Małżeństwa z kalendarza” zareagowałaś entuzjastycznie....
opublikowano 21 czerwca 2016

UJAWNIANIE RÓŻNIC

Rozmowa Agnieszki Jakimiak i Piotra Morawskiego.

Ujawnianie różnicPiotr Morawski: Na pomysł zrobienia czytania „Małżeństwa z kalendarza” zareagowałaś entuzjastycznie. Mówiłaś, że zawsze chciałaś zrobić farsę.

Agnieszka Jakimiak: Jestem zafascynowana farsami. Farsy ujawniają niesamowicie dużo, jeśli chodzi o stan społeczeństwa i jego lęki. Moim największym marzeniem jest uderzenie w „Czego nie widać”, „Mayday” i wszystkie formaty, które są przeszczepiane z jednego kontekstu kulturowego w inny – wędrujące żarty, które zazwyczaj dotyczą mniejszości seksualnych, uprzedzeń narodowych, rasowych i stereotypów. To dla mnie częsty punkt odniesienia. Tym bardziej, że z Weroniką Szczawińską często słyszymy zarzut, że środki, których używamy są komediowe, czyli nieprzystające do powagi podejmowanych tematów. Chciałabym kiedyś skupić się tylko na tych środkach. To właściwie przekonało mnie, żeby się wziąć za tekst Bohomolca.

PM: W „Małżeństwie z kalendarza” masz w zasadzie wszystko, o czym mówiłaś: klisze, stereotypy. W przypadku tego tekstu także mamy do czynienia z pewnym formatem. No i środki komediowe.

AJ: Miałam przekonanie, a właściwie uprzedzenie związane z polskimi komediami, zwłaszcza oświeceniowymi, że współcześnie nie są one zbyt śmieszne. Wiele żartów się zdezaktualizowało. Została nam przede wszystkim płaszczyzna czysto moralizatorska i dydaktyczna. Ale okazało się, że problematyzowanie tych żartów, które nie bardzo bawią, jest po prostu wielką frajdą.

PM: I dlatego zdecydowałaś się na przepisanie tego tekstu? Bo w zasadzie napisałaś nowy dramat, w którym „Małżeństwo z kalendarza” funkcjonuje na prawach cytatu. Co to za strategia?

AJ: Nazwałabym ją autoironiczną. Bardzo często w mojej pracy sięgam po narzędzia intelektualne – z Weroniką jesteśmy wręcz oskarżane o bycie bibliotekarkami, o przykładanie dużej wagi do researchu i stosowanie narzędzi badawczych, które są kojarzone z uniwersytetem,  nie z teatrem. Nie chciałabym podważać wagi dyskursu intelektualnego używanego w teatrze, uważam, że ma on olbrzymią wartość, lecz jednocześnie czuję potrzebę, by cały czas poddawać stosowane przeze mnie narzędzia autoanalizie. Żeby zastanawiać się, dlaczego wykonujemy takie gesty, skąd pochodzą nasze narzędzia. Mając tak wyjątkową obsadę: Macieja Pestę, Małgorzatę Trofimiuk i Izabelę Warykiewicz, chciałam pokusić się o wpisanie ich w rolę, którą sobie często uzurpuję – czyli bycie badaczką w teatrze. Chciałam zobaczyć, jak to wygląda z zewnątrz.

PM: Research as performance? Żeby dopowiedzieć – na scenie mamy trójkę badaczy rozmaitych aspektów twórczości Franciszka Bohomolca.

AJ: Właśnie. Ciekawi mnie formuła burzliwej konferencji i intelektualnego sporu – z całym repertuarem postaw i gestów, które mogą im towarzyszyć. Lubię też eksperymentowanie z sytuacjami, w których słowa nieoczekiwanie przylegają do znaczeń – kiedy close reading naprawdę staje się bliskim czytaniem albo techniki partycypacyjne w przerysowany sposób zmuszają do uczestnictwa.

PM: Nie masz wrażenia, że trochę skompromitowałaś dyskurs naukowy?

AJ: Chciałam sprawdzić, co się dzieje na sprzężeniu między dyskursem naukowym a przedmiotem badań, który nie jest porywający. Często mamy do czynienia z tematem, który próbujemy trochę nagiąć, szczególnie, kiedy  idzie o realizację zlecenia, jak w tym przypadku. Wydaje mi się, że to jest dobry moment, żeby sproblematyzować własną pozycję wobec powierzonego zadania. Nie nazwałabym tego wyśmianiem – ironia to jednak nie to samo, co kpina.

PM: Egotyczny badacz bez reszty pochłonięty tematem, który interesuje przede wszystkim, a może i wyłącznie, jego samego – jak ten w wykonaniu Macieja Pesty – czy to wszystko, na co dziś może liczyć Bohomolec?

AJ: Tutaj akurat dużą inspiracją był dla nas profesor Leszek Kolankiewicz, ze względu na pasję i umiejętości performerskie, których można mu pozazdrościć. Mam wrażenie, że takie zderzenia często służą badaniu tego, jak trudno jest nam się wyrazić, jak trudno jest nam powiedzieć coś o współczesności za pomocą historycznych narzędzi i przedmiotów badań.  Chcielibyśmy, żeby przystawały do naszego tu i teraz, ale często nie potrafimy nazwać tego w prosty sposób. Wytaczamy najcięższe działa, żeby powiedzieć coś, co bywa bardzo oczywiste. Chciałam tę sytuację zhiperbolizować, bez kompromitowania samego dyskursu intelektualnego. Sama się nim przecież posługuję.

PM: A czy to nie jest tak – żeby być konsekwentnym – że pokazałaś właściwie, że Bohomolec należy do sfery akademickiej, a nie teatralnej. Że mogą się nim zajmować szaleni badacze, ale dla teatru będzie z niego niewielki pożytek?

AJ: Niewątpliwie. Ale wszystko zależy też od tego, co rozumiemy jako teatr. To czytanie powstało w Instytucie Teatralnym, który wśród wielu swoich funkcji jest też placówką badawczą, więc ten kontekst jest tu obecny i na samym wstępie mogliśmy go sproblematyzować. Poza tym głęboko wierzę, że większość tekstów nadaje się do teatru. I że teatr jest przestrzenią – a może chciałabym, żeby był – która jest w stanie wiele znieść, jeśli chodzi o otwarte struktury, o wprowadzanie wielu poziomów znaczeń, kontekstów, punktów odniesienia i światów. Nie ma jednej rzeczywistości teatralnej, która jest skodyfikowana i namaszczona. Wydaje mi się, że wielu ludzi pracujących w teatrze posługuje się wątkami i językami, które pochodzą z bardzo różnorodnych dyscyplin. Wystarczy przypomnieć sobie teksty Marcina Cecki, które wprowadzały język paranaukowy i wmiksowywały go w strukturę dramaturgiczną. Sięgamy do przykładów z telewizji, z publicystyki, bardziej i mniej zaangażowanej prasy, do odkryć naukowych i do analiz socjologicznych. Punkty odniesienia, do których odwołuje się teatr, są nieskończenie różnorodne. Nie wydaje mi się, żeby komedie Bohomolca nie nadawały się do teatru.

PM: Również jako dramat?

AJ: A co jest tekstem dramatycznym? Czy nasza obróbka komedii Bohomolca nie była tekstem dramatycznym?

PM: Mówisz o dramatach Bohomolca z pewnym dystansem: że ten dowcip już nie bawi, że te mechanizmy, które miały uruchamiać publiczność, dziś jej nie uruchamiają. Do swojego tekstu wstawiłaś jednak całą masę wziętych z „Małżeństwa z kalendarza” klisz i stereotypów. Czy za ich pomocą można uruchomić widownię?

AJ: Myślę, że tak, tylko, że tutaj z kolei najważniejszym dla nas kontekstem były aktorskie maniery i stereotypy dotyczące grania tak zwanej „klasyki”. Nie chodziło nam o to, by pokazać, jak te teksty funkcjonowały na dawnych scenach. Zależało nam na przepracowaniu naszych wyobrażeń o ich wystawianiu i odgrywaniu. Mając do dyspozycji nagrania Teatru Telewizji, możemy sobie pożartować z bardzo tradycyjnych, czasem koturnowych środków aktorskich. Tym bardziej, że pracowaliśmy z grupą dość niekonwencjonalnych aktorów, którzy niewiele rzeczy są w stanie zrobić serio, jeśli chodzi o koturnowy teatr.

PM: To konwencja, a sprawy?

AJ: Mam wrażenie, że trudno oddzielić konwencję od spraw. W tym przypadku konwencja obniża ich wartość. Sam temat jest istotny, aktualny i nie musimy sobie tego tłumaczyć. Dlatego, kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy o komedii Bohomolca, przywołałam przykład filmu „Strach zżerać dusze” Rainera Wernera Fassbindera. Przechwytuje on temat, który pojawił się w filmie Douglasa Sirka „Wszystko, na co niebo pozwoli”, czyli motyw romansu wbrew klasowym podziałom. Fassbinder przenosi tę sytuację w lata siedemdziesiąte w Niemczech i szuka najbardziej aktualnego społecznego tabu: zamiast związku białej kobiety z czarnoskórym ogrodnikiem, pokazuje związek starszej sprzątaczki z Niemiec i znacznie młodszego gastarbeitera z Arabii Saudyjskiej. W ten sposób wyświetla wszystkie problemy niemieckiego społeczeństwa – co jest dozwolone, co nie uchodzi, w jaki sposób można narazić się na ostracyzm… Jednak kino operuje realizmem w sposób o wiele sprawniejszy niż teatr – trudno byłoby w podobny sposób podejść do „Małżeństwa z kalendarza”. Temat jest podobny, chociaż tekst uderza w fantomową szlachtę, ale ten stelaż dramatyczny nie jest równie nośny.

PM: Sam tekst nie jest w stanie tego udźwignąć?

AJ: Nie mam poczucia, by problem był w komedii Bohomolca zarysowany w błyskotliwy sposób. Pozostaje oczywiście pytanie, w jaki sposób opowiadać dziś o sprawach klasowych uprzedzeń albo o ksenofobii. Nie czytam zbyt wielu współczesnych dramatów, za to we współczesnych powieściach czy serialach za każdym razem pojawiają się wątki dotyczące uprzedzeń wobec inności. Jak zrobić to w teatrze w pogłębiony sposób, jak nie ulegać stereotypom, jak nie tworzyć rzeczy moralizatorskich i dydaktycznych, a jednocześnie pracować nad takim językiem, który nie rani i nie krzywdzi nikogo – te kwestie należą do największych wyzwań.

PM: „Małżeństwo z kalendarza” to tekst o obcości i cudzoziemcu. Ale też – jak każda oświeceniowa komedia – o kobiecie, którą trzeba wydać za mąż.

AJ: Jestem bardziej „obeznana”  z oświeceniem niemieckim, więc łatwiej mi o przykład z innego kontekstu. Mam wrażenie, że to może być punkt zaczepienia, ale w komedii Bohomolca nie widzę takiego potencjału, jaki ma choćby „Emilia Galotti” Lessinga, która też realizuje ten schemat fabularny, nawet w jeszcze bardziej przerysowany sposób. W „Małżeństwie z kalendarza” nie ma zbyt wielu płaszczyzn,  nie ma wiele miejsca na mocne oskarżenie kultury patriarchalnej.

PM: Bo to jest kultura peryferyjna, wtórna, czerpiąca wzorce z zagranicy, przepisująca zagraniczne teksty, ciągle aspirująca?

AJ: Nie gloryfikowałabym żadnej literatury narodowej jako pojęcia, więc nie mam na myśli tego, że dramatyczna literatura niemiecka jest bardziej wartościowa niż polska, bo to źle postawiony problem. Ale wydaje mi się, że w materiale, nad którym pracowaliśmy, podstawową kwestią jest sprawa kompleksu i aspiracji.

PM: Można przepisać to na rodzaj demaskatorskiego performansu, który też ma siłę ustanawiającą.

AJ: Kiedyś pracowałyśmy z Weroniką nad remiksem na temat Lidii Zamkow w Komunie//Warszawa, który był rzuconym nam wyzwaniem, żebyśmy skonfrontowały się z kobietą-reżyserką, która mogłaby uchodzić za feministyczny prawzór współczesnych artystek. Im dłużej szukałyśmy, tym mniej znajdowałyśmy. Tak naprawdę odkryłyśmy osobę, która – także na własne życzenie – została sformatowana według wzorców patriarchalnych obowiązujących w polskim teatrze; która nigdy nie mówiła o sobie „reżyserka”, lecz zawsze – „reżyser”; która dzieliła wrażliwość na kobiecą i męską i mówiła, że tylko z męską wrażliwością można robić teatr. Znalazłyśmy wszystko, czego nie chciałyśmy znaleźć. Wtedy też zdecydowałyśmy, że na pierwszy plan wysuniemy research. Zrobiłyśmy przedstawienie o rozczarowaniu i o tym, jak pewne poszukiwania są determinowane przez to, co chcemy znaleźć. To dla mnie ważna strategia, mam wrażenie, że przez to projekty artystyczne stają się osobiste.

PM: Jeśli chodzi o sprawy historyczne, to za każdym razem mamy do czynienia ze współczesną fantazją na temat przeszłości. Ale już chyba nikt nie wierzy w rekonstrukcję, która odtwarzałaby historyczne konwencje. To są bardziej nasze oczekiwania i wyobrażenia. I tu język researchu może być chyba skuteczny, bo odsłania wszystko to, co stara się zakryć tradycyjna historiografia.

AJ: Wydaje mi się, że teatr daje możliwość innego spojrzenia na research. Jesteśmy książkami, które czytamy, jesteśmy filmami, które oglądamy, jesteśmy rozmowami, które toczymy. Wybierając narzędzia, które posłużą nam do naświetlenia określonego tematu, konstytuujemy i określamy samych siebie. Teatr jest w stanie bardzo wyraziście pokazać tę metodę.

PM: Odsłanianie rusztowania bywa skuteczną metodą.

AJ: Wybraliśmy taką formułę, która nam sprawiała największą frajdę. Ale jest wiele innych strategii. Mam w pamięci „Pijaków” Barbary Wysockiej ze Starego Teatru.

PM: I może to jest dobry przykład – tam tekst Bohomolca wybrzmiewa w całości, akcja jest przeniesiona w realia Polski lat siedemdziesiątych, więc mamy rodzaj aktualizacji. Mam natomiast poczucie, że poza udanym eksperymentem – spektaklem, który daje się oglądać, trwała tam nieustanna walka z tekstem, który stawiał ogromny opór.

AJ: Pamiętam, że ten spektakl zrobił na mnie duże wrażenie. Jego premiera zbiegła z filmami Smarzowskiego – „Wesele”, potem „Dom zły”, które także prześwietlały polskość w sposób żenujący, wstydliwy, często dowcipny, ale absolutnie bezwzględny. Myślę, że „Małżeństwo z kalendarza” to jest arcyciekawy materiał pod tym względem. Mamy tu temat zapalny, aktualny; temat, który powinien być dziś podjęty. I mamy formułę, którą można wykpić, bo jednak trudno traktować ten tekst poważnie. Ale to właśnie on sprawia, że musimy sobie zadać pytanie, w jaki sposób opowiadać o tych sprawach, jakich tekstów potrzebujemy, jakie tematy powinny być podejmowane… Jeśli dramaty oświeceniowe otwierają pole dyskusji, to już bardzo dużo.

PM: Jest jeszcze pytanie o konflikt. Bo choć z dzisiejszej perspektywy brzmi to niewiarygodnie, „Małżeństwo z kalendarza” wywołało bodaj pierwszy w historii polskiego teatru podział na zwolenników swojszczyzny i cudzoziemszczyzny. Był to konflikt naprawdę ostry – dość powiedzieć, że Bohomolec musiał szybko pisać drugą część, by uspokoić nastroje. Może to też spektakl, od którego w polskim teatrze rozpoczęła się tradycja ostrych konfliktów ideologicznych za sprawą tego medium ujawnianych…

AJ: Cała dyskusja wokół „Małżeństwa z kalendarza” była fascynująca. Sporo konfliktów i debat teatralnych także dziś funkcjonuje według praw, które wtedy zadziałały. Chwytamy się powierzchniowych elementów, zewnętrznych tropów – tak jak to miało miejsce na przykład w czasie awantury wokół „Golgoty Picnic”. To w błyskawiczny sposób dzieli społeczeństwo: kilka haseł zapalnych, które działają jak płachta na byka, dyskusja, która pozbawiana jest merytorycznych podstaw, a jednocześnie sunie torem przewidywanego skandalu. Pytanie, czy to dobrze, czy źle? Z Oliverem Frljiciem pracowaliśmy właśnie na wytworzeniu konfliktu i  mechanizmów jawnych podziałów. Jeśli społeczeństwo dąży do takich rozłamów, być może można pożyczyć tę strategię, pokazać jak bardzo nie dogadujemy się w ramach jednej społeczności. Pracować na linii podziału, a nie dążyć do sztucznego konsensu. Czasem teatr zyskuje możliwość ujawniania różnic i pokazywania, że mimo nich możemy funkcjonować razem bez przemocy.

Kalisz, 12 czerwca 2016

Franciszek Bohomolec, „Małżeństwo z kalendarza”, reż. Agnieszka Jakimiak, 18 maja 2016, Instytut Teatralny w Warszawie

Wystąpili: Maciej Pesta, Małgorzata Trofimiuk, Izabela Warykiewicz; światło: Sebastian Klim, dźwięk: Jakub Jaworski, produkcja: Klara Duniec

Kurator cyklu „Dramaty oświeconych. Czytania”: Piotr Morawski

Projekty

zobacz wszystkie

DRAMATY OŚWIECONYCH

Ujawnianie różnic

21.06
czytaj dalej

Kalendarium

zobacz wszystkie

DRAMATY OŚWIECONYCH. CZYTANIA

Ujawnianie różnic

07.04

Franciszek Karpiński „Czynsz”

czytaj dalej

DRAMATY OŚWIECONYCH. CZYTANIA

Ujawnianie różnic

18.05

Franciszek Bohomolec, „Małżeństwo z kalendarza”, reż. Agnieszka Jakimiak

czytaj dalej

DRAMATY OŚWIECONYCH. CZYTANIA

Ujawnianie różnic

23.06

JÓZEF WYBICKI „SZLACHCIC MIESZCZANIN”

czytaj dalej

Trailer

Zobacz również