Szczebel

Szczebel

opublikowano 13 grudnia 2019

13.12.2019

„Karcenie teatru jest pierwszym i najniższym szczeblem w rozwoju krytyki” – pisał Zbigniew Raszewski w zbiorku Bilet do teatru przy okazji przypominania złośliwości, jakich na początku XIX wieku nie szczędzili warszawskim aktorom recenzenci podpisujący się jako Iksowie. Zaraz jednak dodał: „Ale gdyby tego szczebla miało któregoś dnia zabraknąć, oznaczałoby to przypuszczalnie koniec teatru”.

Jarosław Cymerman, fot. Maciek Czerski

Profesor pisał te słowa w czasach, gdy niemal każda redakcja gazety codziennej czy tygodnika zatrudniała albo przynajmniej udostępniała łamy krytykom teatralnym, w czasach, gdy recenzentów hołubiono i powszechne było przekonanie, że dobre lub złe recenzje istotnie wpływają na opinie publiczności i przekładają się na frekwencję na widowni. Dziś fotel recenzenta – o czym często mówi się w wielu teatrach – stracił na znaczeniu. Splot wielu okoliczności – kryzys tradycyjnie pojętej prasy, pojawienie się Internetu etc. – wpłynął na to, że relacja w trójkącie artysta – krytyk – widz wygląda obecnie zupełnie inaczej. Opisanie tych zmian z oczywistych względów przekracza rozmiary tego szczupłego tekstu – zainteresowanym polecam dostępne na e-teatrze dyskusje toczone na ten temat w ostatnich latach. Można tam przeczytać o krytyce, która odkryła w sobie siłę sprawczą decydującą niepodzielnie o hierarchiach w polskim teatrze, o krytykach przedzierzgniętych w kuratorów, o rozchwianiu kryteriów oceny spektakli, o uwikłaniu w polityczne i środowiskowe interesy.

Wracając jednak do Raszewskiego. Ta mocno sformułowana teza, że brak krytyki równałby prawdopodobnie upadkowi teatru, warta jest bowiem nie tylko publicystycznego komentarza. Patrząc z perspektywy historii sceny nietrudno przecież wskazać epoki, w których teatr radził sobie (czasem nawet całkiem nieźle) bez krytyków i recenzentów. Autor Krótkiej historii teatru polskiego nie przypadkiem napisał to przy okazji wspominania Towarzystwa Iksów, którzy swoją działalność prowadzili dzięki rodzącej się wówczas w Polsce prasie. Tak się bowiem złożyło, że jej rozwój towarzyszył rozwojowi tej formy teatru, która do dziś wciąż jeszcze uchodzi za jego główny nurt – teatru repertuarowego, mieszczańskiego, dramatycznego, czyli krótko mówiąc – teatru takiego jak go rozumie przeciętny Europejczyk.

I to właśnie w takim teatrze zdaniem autora Biletu do teatru istnienie krytyki jest konieczne. I nie chodzi tu ani o karcenie (to tylko pierwszy szczebel), ani o jakiś rodzaj tłumaczenia przez krytyka innym widzom sensów ukrytych w przedstawieniu. W każdym razie nie tylko. Wydaje się, że Raszewski miał na myśli istnienie swego rodzaju środowiska, w którym działał teatr i w którym krytyka stanowiła źródło rzetelnej oceny, bezstronnej opinii, pogłębionej interpretacji. Oczywiście każda recenzja jest świadectwem osobistych gustów, sympatii i poglądów autora. Istnieje wszak taki „szczebel” opisu spektaklu, w którym pewien stopień obiektywizmu jest możliwy – jest nim próba oceny warsztatu.

Bez wątpienia trzeba coś umieć, żeby teatr przekonywająco zganić. Ale trzeba umieć jeszcze więcej, żeby opisać chwilę natchnienia, szczęśliwy pomysł, wdzięk – choćby i nieporadny. Cała późniejsza historia uczy, że krytyka teatralna musiała do tego dorastać i to bardzo długo.

– zaznaczał Raszewski. Skomplikowana maszyneria, jaką jest teatr, to „dorastanie” recenzentów wymuszała, jednocześnie krytyka z całą pewnością stymulowała rozwój sztuki scenicznej. Warto jednak pamiętać, że aby to sprzężenie zwrotne działało, to potrzebny jest w tej maszynerii ów pozornie niewiele znaczący trybik, który złośliwie wytyka na przykład, że „Każyński zaciąga”, „Kurpińska ma fatalne jesta”, a „Indyczewska szadzi”.

 

Zobacz również